Harry Potter : Death Eaters Rising

Poszukiwania świetnej gry osadzonej w świecie Harrego Pottera trwają. Przerobiliśmy kilka tytułów, jednak jak do tej pory żaden nie wspiął się wyżej niż 7/10. Czy Death Eaters Rising to zmieni?

Z Harrym Potterem jest jak z Cthulhu – wylewa się zewsząd. Jak nie Munchkin, to Cluedo, jak nie Monopoly, to Tajniacy. No i oczywiście cała masa innych gier, które leżały w supermarketach bliżej lub dalej książek J.K. Rowling. Różnica jest taka, że w klimacie Lovecrafta dobrych i świetnych gier jest kilka. Co do Hogwartu i okolic, jeszcze nie znaleźliśmy ulubionej, takiej, która lądowałaby na stole często.

Zapytałam Matta, jaka jest jego ulubiona gra o Potterze. Powiedział, że za dzieciaka grał w taką, która przypominała Cluedo, a pionki to były małe Tiary Przydziału. Po krótkim researchu pewnie chodziło mu o Harry Potter and the Sorcerer’s Stone Mystery at Hogwarts. Jednak gry, które lubiliśmy mając 10 lat, dziś nie odwracają głów – ok, nie wszystkie, dlatego Restoration Games robi biznes.

Jeśli chodzi o mnie, to jeśli widzę gdzieś to logo z błyskawicą, to pewne jest, że się zatrzymam i popatrzę. Oczywiście nie kupuję wszystkiego, co produkują tylko dlatego, że ma na okładce chłopca w okularach. Czasem jednak hype pomaga podjąć decyzje – niezawsze dobre, oczywiście. Tym sposobem nabyłam Funkoverse i Bitwę o Hogwart (REBEL.pl).

W Bitwę graliśmy jakiś czas temu w naszym lokalnym planszowym pubie, ale jakoś nie zaskoczyło. Kiedy otrzymałam grę do recenzji miałam już wyrobioną jakąś tam opinię. Rozgrywając jednak wersję polską tej gry obudziły się we mnie wspomnienia i nostalgia wzięła górę – nie na długo. Przebrnęliśmy przez mini-kampanię w jeden weekend i zapadła decyzja – nigdy więcej. Nie, nie jest to zła gra – w końcu na BGG jest na 279 miejscu (nie, żeby to coś dla mnie znaczyło). Ale, podobnie jak z każdą grą, nie jest to coś dla wszystkich. Jeśli macie w domu dzieci zafascynowane Potterem, jeśli chcecie dla nich wprowadzenia w deck-building, to jak najbardziej sięgajcie po Bitwę. Jeśli jednak jesteście, tak jak my, fanami starymi jak same książki o Harrym i w budowaniu talii macie magistra – odpuśćcie sobie. Gra jest bardzo powtarzalna i superprosta mechanicznie – dlatego świetna dla młodszych graczy.

Po takim wstępie Funkoverse miało pole do popisu. Tym razem nie jest to nie oryginalny pomysł, a fragment serii – gdzieś tam pomiędzy Batmanem a Rickiem i Mortym. Miała być zabawa („fun”…), miało być prosto i śmiesznie, a okazało się nudno i bez balansu. W wyniku czego mówię wszystkim, że kupiłam Funkoverse dla figurek. Niestety, był to jeden z większych zawodów. Tym razem pociąg hajpu się wykoleił, a my doznaliśmy kilku małych obrażeń.

Planszowy świat nie wygląda dobrze dla Pottera. Wróciłam na BGG, aby poszukać innych tytułów. Ciągle pojawiała się gra miniaturkowa, która totalnie mnie nie rusza. Mając za sobą wiele miesięcy spędzonych przy Descent, Gloomhaven i Tainted Grail, Harry Potter mnie niczym nie zaskoczy – chyba, że firmą windykacyjną, bo ilość dodatkowych figurek pochłonęłaby mój portfel. No i nagle pojawia się to – Death Eaters Rising.

Ponownie, to nie jest oryginalny pomysł, bo w tej samej serii możemy walczyć z Thanosem i Ciemną Stroną Mocy. Jednak w tym wypadku odważę się stwierdzić, że to działa. Nie spodziewajcie się superciężkiej, megatrudnej i arcyskomplikowanej gry, bo ja tego nie szukam. Ja chciałam czegoś, w co gra się szybko, prosto, i chce się grać ponownie.

WYKONANIE

Death Eaters Rising (od tej pory DER) przyszło do mnie w dość dużym pudełku, dodatkowo w rękawie. W tymże pudełku wiele nie ma, talia średniej jakości kart, trochę żetonów i kostek, plansza do złożenia no i on. Sami-Wiecie-Kto. Niepotrzebnie duży, zbędnie plastikowy Voldi, który jedyne co robi, to stoi na środku planszy i co turę się obraca jak baletnica w pozytywce. Dlatego też cena tej zabawki przekracza 30GBP. Czy jest tego warta? Grafiki, podobnie jak w Bitwie są zerżnięte z filmów, jednakże w tym wypadku aż tak nie rażą. Lapiej się maskują na kartach, które przypominają te z Czekoladowych Żab.

ATMOSFERA

Zasady są proste, decydujemy dokąd się udać, sprawdzamy gdzie Voldemort podejmuje działania, rzucamy kośćmi i decydujemy co zrobić. Przypisujemy kości do akcji na kartach, przerzucamy, przypisujemy… Po czym rekrutujemy czarodziejów lub zabijamy Śmierciożerców i tura się kończy. Nagle pojawia się Voldi i musimy się go pozbyć – zadać mu 5 punktów obrażeń – wtedy wygrywamy. Nie możemy jednak tego zrobić, dopóki nie wtrącimy pięciorga Śmierciożerców do Azkabanu. Przegrywamy, jeśli Voldi pozbędzie się w sumie 10 czarodziejów.

REGRYWALNOŚĆ

Jak to w kościankach z randomowym setupem, regrywalności jest wiele. Czasem uda nam się wyrzucić to, co chcemy, a czasem będziemy turlać w nieskończoność i pluć sobie w długą, białą, czarodziejską brodę. Czy chce się grać ponownie? Nasz kolega, który nie cierpi gier kościanych w żadnej formie, sam wczoraj zaproponował partię w DER – może to odpowie na to pytanie.

TRUDNOŚĆ I CZAS

Jak to w kościankach, trudno przewidzieć co się wydarzy jednak jest pole do manipulacji. Zasady z kolei są proste, chociaż tragicznie napisane. Rozgrywka to około 45min do godziny, i jest to dobrze spędzony czas. Nikt się nie nudzi, tury są szybkie, dzieje się dużo.

OCENA

8/10

PODSUMOWANIE

Jak na swoją kategorię – lekkich kościanek, trzyma się ona bardzo dobrze. Przypomina ona bardzo Znak Starszych Bogów. Okazuje się, że mechanika gry raczej z dna tych o Cthulhu, plasuje się dość wysoko w świecie Pottera. Niestety, powód tego jest jeden, pisałam o nim na początku. Świetnych gier Lovecraftowskich jest wiele, tych o Harrym – nie. Musimy się więc zadowolić tym, co jest dostępne na rynku.

0 Udostępnień