The Isle of Cats – czy gra zawsze musi powalać?

Często spotykamy się ze sformułowaniem „gra nie powala”. Sama też go używam, bo delikatnie opisuje brak oryginalności. Głównie „nie powalają” gry, na które jest duży hype. Jak to jest z kocią wyspą?

Przyzwyczaiłam się do tego, że gry, które odnoszą ogromny sukces w Wielkiej Brytanii czy USA, są w Polsce zjadane na przystawkę przez planszowy internet. Na Skrzydłach złe, bo za proste. Everdell złe, bo drzewo. Przyczepić można się do wielu rzeczy. Poza tym racja jest jak wiadomo co, i spory zawsze będą. Ja tylko zastanawiam się, czy gra zawsze musi powalać? Czy wszystkie gry na Waszych półkach powalają?

Powiem prosto z mostu – the Isle of Cats nie powala. Tu możecie przestać czytać, jeśli odpowiedź na powyższe pytania brzmiała „tak”.

Jednego tej grze odbrać nie można – jest piękna i świetnie wykonana. Drewniane meple w oryginalnych kształtach, zacnej jakości karty, płytki z dobrej tektury. No, to przebrnęliśmy przez to. Teraz można się zacząć czepiać. Przecież ładna gra nie może być dobra.

Jeśli widzieliście w internetach gdzieś już jakieś zasady czy rozgrywkę, to możecie pominąć i ten paragraf. The Isle of Cats opiera się na dwóch głównych mechanikach – draftingu i układaniu płytek. Wybieramy i płacimy za karty – na zasadach Terraformacji Marsa, po czym zagrywamy je aby zdobyć płytki, które kładziemy na naszej łódce. Mamy 5 rund na wypełnienie statku kociakami. Punkty dostajemy za kocie rodziny oraz karty lekcji, które zagrywamy podczas rozgrywki.

The Isle of Cats okłamuje nas już na pudełku – spędzimy przy stole zdecydowanie mniej czasu, niż sugerują. Chyba, że designer policzył dwie gry pod rząd, albo doliczył czas spędzony na usuwanie ze stołu kota, który niszczy nam planszę. Tu z kolei punkt dla wydawcy, który nie dość, że zbudował pudełko, które przetrwa apokalipsę, to umieścił tam przywolenie na koci zadek.

Ustawienie gry zajęło nam 5 minut, i jesteśmy gotowi spędzić kolejne 20 na rozgrywce. Dobieramy karty, decydujemy które chcemy zatrzymać, i tu pojawiają się kolejne kłamstwa. No dobra, potencjalne kłamstwa. Testowane jest bowiem nasze zaufanie wobec współgraczy. Nie istnieje bowiem metoda na sprawdzenie, czy każdy zapłaciłza swoje karty tyle, ile trzeba. Niektórych może kusić zapłacenie pięciu zamiast sześciu ryb za kartę, żeby potem móc kupić dwa koty zamiast jednego – kto się zorientuje. No właśnie, kto? Jeśli macie w grupie takiego, który by się pokusił, zaoszczędźcie sobie frustracji. A jeśli sami się na to skusicie… wstydźcie się!

Powiedzmy, że zakupiliśmy karty, teraz czas na koty. No i znów kłamstewka. Ta gra powinna się nazywać Wyspa Kłamstw. No bo jak to, tyle kotów, jeden obok drugiego i to z różnych rodzin? Bez pazurów, bez syczenia? I to jeszcze układają się tak, jak im nakazujemy i uważają, aby nikomu nie wadzić. Do tego kierują się zasadą im więcej, tym lepiej. A tym bardziej wyrfinowanym można narzucić jakiej są rasy. Co za brednie! Znajdźcie mi kota, który wpisuje się w takie normy. Jeden z moich na przykład w tej chwili stara się położyć na mojej twarzy.

Jakoś przetrwaliśmy te pięć rund. Koty jakimś cudem nie powydrapywały dziur w łodzi, a nam się nawet udało ocalić jakieś skarby. Teraz dopiero okaże się, czy dobrze to wszystko sobie zaplanowaliśmy. Za każdy pokój na łódce, który nie jest w pełni zapełniony dobrami z wyspy – czy to złotymi, czy futrzastymi – dostajemy ujemne punkty. Zwycięża gracz z większą liczbą punktów.

Proste. Za proste? A czego spodziewaliście się po grze o kotach? Jedne eksplodują, inne wprowadzają chaos, jeszcze inne trzeba ciągle karmić. Te układają się wygodnie na łódce i wadzą tylko tym, którzy od gier chcą więcej. The Isle of Cats daje nam ucztę dla oczu i około pół godziny lekkiej zabawy z nutką kombinowania. Liczba kart daje nam sporą regrywalność, do tego mamy osobny tryb solo a także uproszczony tryb rodzinny.

The Isle of Cats wpada w dwie kategorie, gra rodzinna oraz medium-light, czyli taka, która nie pali zwojów. I tu wracamy do pierwszego pytania – czy gra musi powalać? Czy musi palić zwoje? Czy musi trzymać nas na krawędzi krzeseł? Oczywiście fajnie, jeśli robie te wzystkie rzeczy, ale nie zapominajmy, że gry mają nas przede wszystkim bawić i umilać nam czas.

Ja przy Isle of Cats bawię się dobrze. Jest lekka na tyle, że można ją nauczyć każdego, ale i niebanalna. Kolejny nadużywany termin – prosta, nie prostacka. Wyjmę ją na stół na rozpoczęcie game night. Przedstawię ją rodzicom i fanatykom kotów. Zagram jako filler, lub kiedy mam 30 minut na rozgrywkę. Zagram we dwoje, we troje, we czworo, bo skaluje się dobrze. Solo gram tylko w wersje mobilne, więc tu opinii nie mam.

The Isle of Cats to ładna, lekka i przyjemna gra. Jeśli w planszówkach szukacie palenia zwojów, ciężkich decyzji, karmienia robotników – to ta gra może być fajnym fillerem pomiędzy tymi, które dostarczają powyższych emocji.

0 Udostępnień