Niedzielni Planszowcy – Teotihuacan Miasto Bogów

Najpierw krzyczano o tym na Essen, teraz było niespodzianką PortalConu. Teotihuacan Miasto Bogów. Czy rozgrywka miażdży mózg, tak jak nazwa skręca język?

Teotihuacan Miasto Bogów jest grą dla 1-4 graczy, gdzie spędzimy 2 godziny przesuwając kości dookoła planszy.

Będziemy transportować naszych pracowników, zbierać zasoby, budować domy dla ludności, świątynie (dla spokoju ducha) oraz piramidę. Będziemy również odkrywali nowe technologie pozwalające nam rozwijać się lepiej i sprawniej. Mamy trzy rundy na to, by okazać się najlepszym budowniczym.

Zaczynamy grę mając trzy kości – robotników. Na starcie są oni niedoświadczeni, dlatego dumnie noszą czapkę z numerem jeden (wartość kości). Będą oni się poruszali po ośmiu sekcjach planszy. Sekcje są nadrukowane, aczkolwiek dostajemy planszetki, które możemy kłaść randomowo, aby urozmaicić rozgrywkę. Każdego pracownika możemy przesunąć do trzech miejsc zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Po każdej akcji na danym polu podnosimy wartość jednej z naszych kości. Tylko której?! Im więcej pracowników mamy na danym polu, i im większe mają oni doświadczenie, tym lepsze akcje możemy wykonać. Jeśli nasz pracownik zmieni wartość z 5 na 6, zamiast wykonać jakąś superboską akcję, wchodzi na niebiosa i odradza się jako jedynka. Kiedy to następuje, przesuwasz swój znacznik w Alei Umarłych i dostajesz jakieś bonusy w spadku po zmarłym.

W trakcie gry będziemy korzystać z trzech głównych zasobów – drewna, kamienia i złota, to one używane są do budowania struktur. Kakao natomiast jest walutą. Jeśli nasz pracownik wejdzie na pole, na którym znajdują się już inne kości, płaci on jedno kakao za każdy KOLOR (nie ilość ani wartość) kości na danym polu.

To może teraz o piramidzie, w końcu to widzimy i na okładce i na środku planszy. I to chyba sprawia największą frajdę w całej rozgrywce. Są dwie akcje związane z piramidą, pierwsza to budowanie – dokładanie klocków, a druga to dekorowanie – układanie płytek na klockach. Jeśli dopasujemy symbole, dostajemy przeróżne bonusy, w zależności które piętro piramidy budujemy.

Są również technologie, które pozwalają na dodatkową pomoc podczas gry. Płacimy za nie złotem, ale są one BARDZO użyteczne.

Wszystko to toczy się podczas różnych faz księżyca, i kiedy następuje eklipsa, zbieramy punkty – dzieje się to trzy razy w ciągu gry. Punkty dostajemy za budowanie piramidy, za nieboszczków w Alei Umarłych i za maski zebrane z planszy.
Jeśli wydaje Wam się, że w tej grze dużo się dzieje, to dlatego, że tak właśnie jest. Połączenie mechanizmów powoduje, że planowanie każdego ruchu przyprawia nas o ból głowy, jednakże daje nam również aspirynę w postaci punktów. Każda akcja, którą podejmiesz podczas gry w Teotihuacan zmusza Cię do odkurzenia wewnętrznego kalkulatora. I często złapiesz się na tym, że po – co wydawałoby się – dniach rozmyślań, w końcu zdecydujesz się na najbardziej opłacalną akcję i okaże się, że nie masz na to kakao. Ale załóżmy, że wybraliście akcję na którą Was stać, wykonaliście ją no i co teraz – któremu pracownikowi przyznać premię w postaci dodatkowego oczka? Czy wyślemy piątkę na emeryturę, czy awansujemy interna na kogoś więcej? Zaczyna nam brakować powietrza na tej głębokości. A do tego dochodzą świątynie. Do której będziemy uczęszczać najbardziej, w której damy na tacę więcej, komu zasponsorujemy nowego Mercedesa?

Teotihuacan jest często porównywany do innej gry Daniele Tascini – T’Zolkin. I o ile są podobieństwa pomiędzy nimi, to Teotihuacan jest.. przyjemniejszy, nie karci nas tak bardzo jak T’Zolkin za złe rozmieszczenie pracowników.

Jest tu też interakcja między graczami. O ile nie walczymy ze sobą w żaden sposób, to spieramy się o pozycje w świątyniach, razem budujemy piramidę. Jest to taka pasywno-agresywna gra, w której nie blokujemy akcji, ale „przypadkiem” czynimy je droższymi dla przeciwników.

Kiedy już nam się znudzi nadrukowany na planszy układ pól „dla początkujących”, możemy sobie wzmocnić regrywalność planszetkami, które wybieramy losowo na początku gry. No a jak to jest ze strategią? Nie ma jednej. W Teotihuacan chodzi o to, żeby być jak najbardziej wydajnym, żeby wiedzieć kiedy i kogo wysłać na emeryturę, czy i jak wysoką piramidę budować. Trochę jest w tym budowy silnika, i fajnie mieć jakieś przydatne bonusy, ale najprawdopodobniej zawsze będziemy musieli robić wszystko po trochu – piętro piramidy, dawanie na tacę w dwóch świątyniach olewając trzecią, kilka domów… No i technologie, które są raczej nieuniknionym kompanem zwycięzców.

Teotihuacan jako miejsce zapiera dech w piersiach, Teotihuacan jako gra pali zwoje mózgowe. Jest to duża ilośc matematyki, ciężkie euro z elementami worker placement, set collection – tak zwany rondel. Bardzo podoba mi się levelowanie kości i ich ‘niebowzięcie’ pod koniec ich życia, jako nagroda za trudy na tym łez padole. To, obok budowania piramidy jest najbardziej tematycznym elementem tej – jakże suchej – gry. Podobnie jak gry Felda, Teotihuacan to sałatka punktowa, chociaż bardziej jako starter a nie danie główne, w sensie rozmiaru porcji i składników.

Jest w tej grze sporo komponentów i wygląda ona na stole dość onieśmielająco. Wszystkie tabelki i tory punktowe na planszy, czynią tę grę czymś w rodzaju Azteckiego Excela. Podczas gdy jest to gra zdecydowanie wielowarstwowa, w której musimy myśleć naprzód i kalkulować każdy ruch, rozgrywka nie przyniosła żadnej radości nikomu przy stole. Siedzieliśmy razem w rondlu frustracji i zaskoczeń, przypalając się do dna. Z wolniej myślącymi tudzież bardzo analitycznymi graczami, piszemy się na bolesne kilka godzin.

Nie zrozumcie mnie źle, fajnie że taka gra istnieje, bo na pewno znajdzie fanów. Jeśli jesteście fanami ciężkich euro, z dużym naciskiem na detale, to jest to coś dla Was! Dla mnie jest to pozycja, której nie zatrzymam na półce.

14 Udostępnień